Rozdziel
czość
Chleb
a (RIP)

Author Archive

ЯWETEς

Posted on: 21 marca, 2015 by Arkadiusz Wierzba
  1. To jest miejsce na rwetes.
  2. Każde miejsce jest dobre na rwetes.
  3. Jeżeli miejsce nie jest dobre na rwetes, nie jest miejscem.
  4. Rwetes jest jednym z podstawowych instrumentów zarządzania i ochrony środowiska w priorytecie Społeczeństwo oraz społeczeństwa w priorytecie Środowisko.
  5. Rwetes podnosi się zwłaszcza z powodu:
    1. usług,
    2. rozdzielczości,
    3. rangi,
    4. żadnego z powyższych.
  6. Rwetes podnosi się także przeciwko kulturze.
  7. Rwetes staje się kulturą z chwilą podniesienia.

 

UZASADNIENIE

Niewiele trzeba, aby podniósł się rwetes. Im mniej, tym więcej, mniej więcej. Weźmy chleb. W ostatnich latach obserwuje się zjawisko stopniowego zmniejszania się spożycia pieczywa. Popularność zyskują produkty rzeźbione pod klucz. W celu poprawy dobrostanu dostęp światła został ograniczony, przestrzeń została ograniczona, powietrze zostało ograniczone. Dzięki temu żywność może być organiczna. Składem posiłków zarządzają organy władzy poznawczej, organy wzroku, słuchu, mowy, organy wewnętrzne, organy zewnętrzne. Każdy posiada swoją sferę i nie dzieli jej z innymi. Ceni się możliwość wyboru.

Ta technologia jest mobilna i ma swoją aksjomatykę: jedzenie jest nieograniczone, woda jest nieograniczona, ziemia jest płaska i nieruchoma, ziemia to ekran. W ten sposób biometryczna relacja zdrowego rozsądku ze środowiskiem rozwija wyobraźnię i przemysł. Leki podaje się, by przyspieszyć wzrost masy i wzrost spożycia sztuk. Życie odpowiada na wzrastające potrzeby i zostaje zakończone na polecenie.

Narzędziem władzy jest certyfikat: coś, co się posiada, coś, co się wie, lub coś, czym się jest. Na przykład: klucz, hasło, gatunek. Klucz można zgubić, hasło zapomnieć, gatunku nie można się zrzec. Można kwiczeć. Klucza można nie mieć, hasła nie znać, gatunku nie można nabyć. Można prosić.

Tymczasem oświniony szwagier dorwał się do komputera. Sra ze szczęścia pod siebie, bo jest adminem stworzenia: na śniadanie wszamał embriona, popił kawą z napojem dla cieląt, na obiad do jelit wsunie cudze jelito, wczoraj mu się upiekło. To poeta. Od 10:00 do 13:20 składa tomik, o 11:10 dzwoni do niego Pęcherz, wychodzi, tu odpierdala utworek, tam wystawia rachunek, wraca, chrząka i czeka na miliony wyświetleń. Na razie ma jedno, własne.

To jest priorytet Literatura, po którym następują priorytety Czasopisma, Promocja czytelnictwa i Partnerstwo publiczno-społeczne. Wszystkie cztery tworzą podstawy programu literatury i czytelnictwa lub szerzej: kultury i dziedzictwa narodowego, a sam program jest częścią szerokiej strategii rozwoju człowieczeństwa.

Prawa człowieka są indywidualne, nienaruszalne, uniwersalne i niezbywalne. Pierwsze prawo: nie musi, ale lubi. Palec wpycha do nosa albo chwilę grzebie w pachwinie. Myje, oblizuje, bądź unosi w geście. Stawia serwer, stawia browara, stawia żądania. Wali konia, odświeża fejsa, zmienia pracę. Lubi dobre gówno. Śmierdzi gorzej niż knur, ale węch ma słabszy niż pies. Czasami jest „suką Leszka”, bo różne są prawa człowieka.

Zżulona świnia ma lepszy węch niż pies. Nie lubi gówna. Leży unieruchomiona we własnych odchodach i przybiera na masie, po której nastąpi rzeźba.

Tradycję kształcenia w zakresie rzeźby chroni Akademia Sztuk Pięknych i Trybunał Konstytucyjny. Ochrona obejmuje również czynności dalekie od zachowań konwencjonalnych, w tym czynności niepopularne z punktu widzenia społecznej większości, lecz ważne z punktu widzenia rzeźby. Wszechstronne przygotowanie warsztatowe i teoretyczne sprawia, że absolwenci rzeźby wykorzystują swoje umiejętności w procesie tworzenia sztuk. Zanim sztuka staje się halal, mają już za sobą pierwsze wernisaże, przy których asystują absolwenci nowych mediów.

Ta technologia jest bezdotykowa i zwycięża w wyborach, bo zarówno konsumenci rzeźby, jak i nowych mediów chętnie wybierają produkty dostępne od ręki. Gdy koryta są puste, następuje zwolnienie blokady. Rusza podaż granulatu i spada po głowie. Przechodzimy do punktu skupu żywca w rozdziale sztuka ulicy. W rozdziale sztuka dla sztuki każda rzeźba z osobna jest sztuką, przy czym jedna sztuka może zawierać nawet kilkadziesiąt kilogramów rzeźby.

Rzeźbie udziela się wsparcia w ramach priorytetów Społeczeństwo, Kultura, Środowisko, Religia, Postęp, Tradycja, Polska, Europa, Świat, nawet jeśli podnosi się rwetes.
 

######

Materiał z cyberżulerskiego “Nośnika”: pobierz pdf, czytaj na Issuu (patrz niżej) albo przejdź do spisu treści

Nethera

Posted on: 6 marca, 2015 by Arkadiusz Wierzba

Szczęśliwi, którzy nie widzieli
i się nie podłączyli.

Szczelina międzysynaptyczna jest pusta, następuje zahamowanie wychwytu zwrotnego i nie ma powrotu z „ó”, jest tylko bezpowrotne ukurwienie: musisz dawać w żyłę heroinę portalu, szmato, bo tego żądają twoje aksony; rodziłeś się, to płakałeś, a potem były chłopackie fazy i zostało pierwotne ssanie, teraz logujesz się na liternecie, masz w dupie kable obwodowe i hydraulikę, tętno, ciśnienie, poziom elektrolitów, bo to jest „jadąca wiara”, w twojej głowie nie wylała się filiżanka czekolady*, lecz ktoś podniósł rwetes, rozpierdolił worek z fuką i wnet z impetem na blacie układu nagrody posypał dosadne kreski HTTP.

Śluzówka jest sucha i zagojona, szczęka chodzi luźno, śliny ani za dużo, ani za mało, zorganizowano śniadanie i zaistniały plany wieczoru w zaległościach roboty, piecze się Kajzar dla Prezesa, pusty plecak przypomina o możliwych podróżach, czyli są oznaki zdrowia, są przejawy akceptacji społecznej na hasło „literatura narkotykiem trzeźwych”, a jednak coś tu nie gra, coś nie chce zatańczyć do Piosenki włókniarki i zakasać rękawów Hej do roboty. Żadnej władzy się nie ufa, a zwłaszcza władzy poznawczej, gdy twoja Kiszka nazywa się Waldemar, a Waldemar Jocher.

 

Nie wymaga korekty

Jeszcze przed załadowaniem betaketonu betaliternetu wystarczy zamknąć oczy, żeby zobaczyć (efekt closed-eye hallucination) migoczące stroboskopowo tytuły dwudziestu propozycji na spędzenie od kilku do kilkuset sekund fazy, indukcję kolejnego plateau lub zapowiedź zjazdu, przed którym można się ukryć w module prywatnych wiadomości. Tam – jako Cyrano de Bergerac bez świadomości nosa – spędza się dowolne urojenia, indukowane w ramach postępującego wzrostu poziomu dopaminy: prawdopodobnie najsilniejszej substancji euforyzująco-stymulującej dostępnej na rynku głowy.

Przemysł farmaceutyczny pobudza jej produkcję lub hamuje wychwyt zwrotny np. u osób chorych na Parkinsona*, olewając przy tym osoby cierpiące np. na depresję lub zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Państwo pozwala farmacji wprowadzać między synapsy smutasów wyłącznie osławioną serotoninę, hormon wannabe LOL, czasami z niewielkim udziałem noradrenaliny, żeby klient nie przespał momentu wykupienia właściwej recepty.

Chcesz być szczęśliwym płetwalem błękitnym, który w przerwach między pracą, pracą, pracą, żarciem, zakupami, żarciem, zakupami, żarciem i snem, wyłącznie pracuje, kupuje, żre lub śpi oraz nakurwia uśmiechem, ale pała mu nie staje? Zapraszamy serdecznie: fluoksetyna, paroksetyna, wenlafaksyna, sertralina & many others, do wyboru, do koloru, odpłatność pacjenta przy odpowiednim wskazaniu: 30%, czyli od 3. złotych za miesiąc kuracji.

Cel podstawowy określa dany organizm, czyli ustrój: żebyś ani się kurwa ważył wymagać korekty, bo już ustalono podział zysków i policzono ryczałty na fazę, obywatelu, więc opróżnij kufel lub kieliszek, łyknij Bioxetin lub Aurobindo, a przed spaniem daj sobie pomarszczyć niewidzialnej ręce. W razie problemów dzwoń na Pozdro800. Usłyszymy, nawet jeśli zadzwonisz do siebie.

 

Wymaga drobnej korekty

OUN produkuje wiele narkotyków na własny, w pełni dozwolony użytek: nie da się skutecznie penalizować endorfin, enkefalin czy neuroprzekaźników. Pozostaje kwestia odpowiedniej stymulacji, a w tej dziedzinie substancje zewnętrzne stanowią niewielki odsetek dostępnych narzędzi. Można biegać, siedzieć bądź leżeć, uciskać tętnice szyjne, wypełniać ciała jamiste, pocierać prostatę lub clitoris, jest też morze, są góry i ta przedziwna bania, która sprawia, że choć ma się za sobą kilkadziesiąt odmrożeń i sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, znowu bierze się namioty i lezie na szczyt ósmy lub trzynasty, wierząc – jak każdy przed definitywnym detoksem – że jeszcze tylko zdobędę czternasty, założę koronę superkozaka i koniec z tym, rzucam to gówno. Ta „jadąca wiara” funduje cmentarze w Himalajach i pozwala wypełnić serwisy informacyjne wiadomościami o ofiarach, wśród których byli Polacy.

Jednym z najsilniejszych prekursorów dopaminy jest netheroina. Nie sposób wymienić jej wszystkich postaci handlowych, a betaketon liternetu to ledwie druga setka oczekujących w gargantuicznym bukake społecznościówek, MMORPGów i VOIPów. Nie sposób również precyzyjnie zdefiniować jej farmakokinetyki. Czy o zwiększeniu ilości dopaminy między synapsami decyduje wrażenie kontaktu, bliskości i poufałości? A może narcystyczne parcie na szkło ekranu? Kompulsywny histrionizm? Objawy wytwórcze bliskie schizofrenii? Odpowiedzi jest tyle, ile wariacji połączeń interpersonalnych może wygenerować sieć.

Netheroinę z heroiną (a zwłaszcza Heroiną) łączy jednak niewiele, poza silnym uzależnieniem fizycznym. Ze względu na postępującą deprywację snu, zaburzenia odżywiania, tachykardię i kilka innych obserwowanych objawów, nazwa tego prekursora wymaga drobnej korekty: zdecydowanie godniej, słuszniej, sprawiedliwiej i zbawienniej będzie przydać jej miano mefedronetu.

 

Wymaga korekty

Czyli faza? Zasadniczo tak, ale bez zdolności do samoregulacji i dyscypliny naturalną konsekwencją długich ciągów na każdej substancji, nawet endogennej, jest wzrastająca tolerancja i potencjalne uzależnienie. Tak oto, od dorywczej zabawy z kreskami mefedronetu przechodzisz płynnie do etapu dorywczych przerw na odpoczynek, co nieodmiennie kończy się porażką. Przerwy między kafelkami w łazience układają się w wersy, a ty nie możesz się odlać, bo nie piłeś żadnej cieczy izotonicznej od trzech dni, zgubiłeś szczoteczkę do zębów i nie widziałeś mydła od miesiąca.

Awatar nie musi się myć: awatar nie ma krocza, sieć nie transportuje bodźców dla zmysłu powonienia. Na szczęście nie jeździsz komunikacją miejską, nie prosisz o drobne, nie siedzisz pod kościołem z ropiejącą nogą, bo opłaciłeś fakturę za neta do końca miesiąca, więc zaciskasz stazę na routerze i napierdalasz bez opamiętania, w systemie dziesięciopalcowym, kolejne dawki prekursora, a gdzieś tam, hen za oknem przesłoniętym grubą warstwą tektury falistej, niezmiennie i niezliczoną ilość razy wschodzi i zachodzi słońce.

Sytuacja ewidentnie wymaga korekty, jeśli nie można odsunąć krzesła od biurka, za którym urósł niemożliwy stos śmieci i niezałatwionych spraw, a skarpetki rozpadły się pod naporem nagromadzonego syfu.

Ale co lub kto ci to uświadomi, szmato? Wprawdzie odbierasz jeszcze telefoniczne sygnały: „z drugiej strony” docierają ostrzeżenia o zagrożeniu dla twojego zdrowia, jednak terminator nethery natychmiast usuwa takie informacje z pamięci operacyjnej. Rozbisurmanił się kutas na dobre, sieje spustoszenie na szlaku dopaminowym i lekceważy nawet alarmowe impulsy ciała migdałowatego.

 

Należy napisać od nowa

Detoks jest możliwy, ale raczej dzięki sprytnej i spontanicznej podmianie uzależnienia niż terapii w modelu abstynencyjnym. Dzięki białku przestajesz jarać korut, trampek uwalnia cię od futra, a podniety realu od mefedronetu. Wiersze idą w odstawkę, komentarz zastąpiony zostaje rozmową, łazienka staje się miejscem częściej odwiedzanym.

Dyskretny urok nethery ginie w cieniu innych prekursorów. Niektóre zniszczenia ciągu są jednak nieodwracalne: straciłeś mieszkanie i rozgrzebane zlecenie, zyskując w zamian powidoki Taranka w źrenicy prawej i Ryżej Królowej w źrenicy lewej. Miną długie tygodnie, zanim pole widzenia oczyszczone zostanie z ostatniego wersu.

BIOS należy napisać od nowa. Chciałbyś odręcznie, bez pomocy urządzeń peryferyjnych, których zwoje kabli przypominają o niedawno przebytym stanie zapalnym żył obwodowych, dlatego rozkładasz zasieki obronne w offlajnie, jarasz się naiwnością perspektywy logoutu „do życia” i dezerterujesz z sieci. Ustrój oraz podpisane umowy cywilno-prawne bardzo szybko zmuszają cię jednak do powrotu. Ktoś zaznaczył PAMIĘTAJ MÓJ WYBÓR i nie można cofnąć tej operacji. Aktualny provider w swojej ofercie nie udostępnia „braku dostępu”.

Synaptyczne klepisko domaga się stymulacji.

 

Tekst chybiony

* Ta książka nie zasługuje na przeczytanie do końca.

* Jak w tym świetle prezentuje się ostatnia aktywność Jerzego Pod Mocnym Aniołem? Znakomicie.

 

######

Materiał z cyberżulerskiego “Nośnika”: pobierz pdf, czytaj na Issuu (patrz niżej) albo przejdź do spisu treści

Encyklika psychobeki

Posted on: 4 czerwca, 2014 by Arkadiusz Wierzba

{Rec.} Kamil Sipowicz, Encyklopedia polskiej psychodelii. Od Mickiewicza do Masłowskiej, od Witkacego do street-artu, Warszawa 2013.

O planowanej przez Sipowicza książce usłyszałem po raz pierwszy, gdy Pułka wspomniał o swojej z nim korespondencji. Filozof z Otwocka szykował wtedy summę psychodeliczną, której część miała zostać poświęcona poecie z Rudnika – dzieło w zamierzeniu rozległe i wyczerpujące temat kulturotwórczej roli substancji psychoaktywnych w Polsce, w dodatku pod auspicjami wydawnictwa poważnie zaangażowanego w kreowanie ideowych podstaw sensownej polityki narkotykowej. Żadnej książki Sipowicza wcześniej nie czytałem, był dla mnie tylko celebrytą z serwisów plotkarskich (umiarkowanie zabawnym), wspierającym przy jakiejś okazji marzenia Palikota o korycie (średnio zabawne) i walczącym w obronie prawa psów do jarunku (bardzo zabawne, a i słuszne zarazem). CV doktora filozofii chrześcijańskiej wskazywało natomiast na mocne zaplecze merytoryczne (uniwersytety, czasopisma, referaty): można było mieć nadzieję, że KaPecja szykuje poważną torpedę. Lecz zapomniałem byłem, że książek nie ocenia się po okładkach i tytułach, a doktorów po oficjalnych życiorysach. Sam więc sobie zgotowałem rozczarowanie. I wkurw. Niesamowity wkurw.

 

Encyklopedia?

Kto pisze encyklopedię w pojedynkę? To jakiś żarcik? Dowcipna redakcja mogła zatem zasygnalizować to lolem, emotą lub choćby cudzysłowem. Inaczej łatwo zostać posądzonym o niecne intencje zbijania hajsu na ludzkiej naiwności (pomyślmy o biednych rodzinach kupujących dzieciom tę encyklopedię na pierwszą komunię lub pierwszego kwasa…). Polityka narkotykowa w kraju okupowanym przez policję – zbrojne ramię zorganizowanej przestępczości narkotykowej – to sprawa niezwykle poważna, panie Sipowicz, dobrze pan o tym wie (mam nadzieję). Fatalnie, że już na etapie przygotowań nie pomyślano o stworzeniu zespołu (ekspertów, redaktorów, artystów) do pracy nad taką popularyzatorsko-edukacyjną monografią (nie było nikogo do tej roboty? Serio?). W efekcie dopuszczono do druku książkę niezwykle ważną, lecz absolutnie badziewną w wykonaniu, momentami wręcz żałosną. Dlaczego ta monumentalna praca powierzona została opiece redakcyjnej jednej zaledwie osoby, która z racji wykształcenia i zainteresowań mogła co najwyżej postarać się o doszlifowanie literacko-językowej wartstwy publikacji? (Mowa o polonistce, Marcie Konarzewskiej).

 

 

Encyklopedia polskiej psychodelii z encyklopedią nie ma nic wspólnego, słusznie zwracali już na to uwagę jej nieliczni recenzenci (w „Polityce” i na portalu popmoderna). Jej układ oscyluje raczej między subiektywnym leksykonem i antologią tekstów z komentarzami redakcyjnymi. Niezbyt encyklopedyczny jest też jej content: część to nawet zgrabnie napisane i dość interesujące eseje popularyzatorskie (pierwsze kilka rozdziałów), reszta to wielki melanż lepszych i gorszych żartów, para-biogramów, fury tekstów i nierównej jakości grafik (polecam kontemplację rysunków ze strony 364). Pomiędzy tym wszystkim masa prywatnych opinii (np. słabo uzasadnione postponowanie amerykańskiego etapu działalności czeskiego badacza LSD, Stanislava Grofa, s. 16) i tzw. wniosków z dupy. Część z nich wynika z niezgrabnego operowania komentarzem interpretacyjnym i własnymi przemyśleniami o naturze rzeczywistości, jak choćby we fragmencie poświęconym księdze Zohar, gdzie – ni stąd ni zowąd – dowiadujemy się, iż: „Grzyb był u zarania przy boskim Wielkim Wybuchu i będzie u jego kresu jako eksplozja termojądrowa” (s. 26). Bardzo fajny obrazek, taka wizja Sipowicza, rozumiem. Pytanie brzmi: jaki jest jej związek z Zohar i dlaczego komentarz do Scholema nie został oddzielony od impresji autora książki?

Wnioski z dupy generuje też karkołomna metodologia tej publikacji. Schemat doboru i czytania tekstów kultury, pozbawiony jakiegoś sensownego, antropologicznego zamysłu, sprowadza się tu do modelu:

  1. brał to i to, napisał to i to – tak właśnie wygląda ogromny rozdział o Pułce (s. 264-284), który składa się wyłącznie z listy deklarowanego spożycia (którą Sipowicz uzyskał korespondencyjnie od podmiotu czynności twórczych) i fragmentu prozy Vida Local, po którym następuje przedruk CAŁOŚCI Vida Local (gdzie powielony zostaje raz jeszcze cytowany wcześniej fragment – to jakiś kompletny idiotyzm, przeoczony najwyraźniej przez redaktorkę). Miało to miejsce jeszcze przed premierą, zgody na to Sipowicz nie otrzymał (jeśli otrzymał, to jaką drogą?), a nieżyjący nie zaprotestuje, więc debiutancka proza Pułki miała swoją pośmiertną prapremierę w KaPecji. Ciekawe, czy Sipowicz w ogóle zadał sobie trud przeczytania całości, skoro tak nonszalancko ją potraktował?
  1. nie wiadomo czy brał, ale:
    • teksty sprawiają wrażenie, jakby brał – np. w rozdziale o Mickiewiczu czytamy: „Makabryczno-komiczne wizje guślarza są typowe dla upojenia roślinnymi substancjami psychodelicznymi” (s. 55). Właściwie, jak się dobrze człowiek nakurwi, to wszystko jest do wszystkiego podobne, bo przecież kosmos to korpuskularno-falowa jednia, czyż nie? Rodzi się zatem pytanie: jakie substancje przy pisaniu „encyklopedii” spożywał Sipowicz? I czy aby nie przesadził jednak z dawkowaniem?
    • ubierał się / wyglądał / zachowywał, jakby brał – ten chwyt interpretacyjny sprawdził się wyjątkowo dobrze w rozdziale o Potockim, którego Sipowicz ochrzcił mianem „protohipisa” (s. 51).
    • znał tych, co brali / przebywał tam, gdzie brano / na pewno miał dostęp – więc brał, brał, brał! Musiał! Jak choćby Czechowicz i jego koledzy z cyganerii lubelskiej, bo: „Wystarczy (…) przeczytać gazety z epoki, na przykład >>Express Lubelski<< z 12 sierpnia 1932, aby znaleźć alarmujące teksty o częstych w mieście zatruciach opium” (s. 90).

Ostatecznie model ten byłby nawet do przyjęcia, o ile w efekcie jego zastosowania do czytania tekstów kultury zaoferowano by czytelnikowi inspirujące, niebanalne, przełomowe interpretacje klasycznych dzieł. Interpretacja jednak wychodzi Sipowiczowi najgorzej. Właściwie wszystkie komentarze do zamieszczonych w Encyklopedii tekstów sprowadzają się do nieznośnej dystrybucji tych samych komunałów o wizyjności lub niepokojących napięciach. To interpretacyjne kalectwo wyjątkowo jaskrawo uwidacznia rozdział o poezji współczesnej, poświęcony między innymi Kopytowi i Górze, gdzie natrafimy na taki oto brawurowy popis błyskotliwości:

„Ich poezja to heraklitejski strumień (świadomości), gdzie filozofia, teologia, dzień codzienny, buddyzm, anarchizm, recykling (w każdym znaczeniu), subkultury, fizyka kwantowa i matematyka walczą o swoje miejsce w ich nadwyrężonych czakrach.” (s. 243)

Ten komentarz to albo dowód absolutnej ignorancji i nieznajomości tematu (wersja łagodna), albo wyjątkowej głupoty i braku wrażliwości czytelniczej (wersja hard). Cytat, w zestawieniu z twórczością Góry i Kopyta, mówi sam za siebie. Nie czas i miejsce, by tłumaczyć tu charakter tej wtopy. Podejrzewam zresztą, że przy takim braku autokrytycyzmu, jaki prezentuje ta publikacja, moje tłumaczenia nie na wiele by się zdały. Kamil Sipowicz bowiem to nie tylko autor omawianego kompendium, ale i jeden z czołowych przedstawicieli psychodelii polskiej, np. w poezji (s. 30). W ten sposób dowiedziałem się, że pisał wiersze. I chciałbym o tym w miarę szybko zapomnieć.

Status autora, choć niby traktowany ironicznie (vide: żart z trylogią Sienkiewicza na okładce) zdaje się być dla autora sprawą kluczową, bo wspomina on o swojej randze wyjątkowo często (maskując się żartem), zamiast skupić się na odwaleniu sensownej monografii z zacięciem popularyzatorskim (tak jak udało mu się to w komentarzu do dziejów kultury na wstępie: sporo ciekawych informacji, naprawdę). Przez to projekt trąci narcystycznym zadęciem: całość przypomina bardziej encyklikę niż encyklopedię, a psychodelia – z racji przeważającej części materiału i jego obróbki – raczej psychobekę.

Jakby tego było mało, publikacja – mimo prowadzonych przez autora konsultacji botanicznych – jest niechlujna merytorycznie: czymże są liście tabaki, jeśli nie po prostu liśćmi tytoniu szlachetnego, którego rysunek i łacińska nazwa pojawia się obok tego wątpliwego określenia? (s. 50, dobrze, że nie pojawiają się przynajmniej liście papierosa…). Z racji braku redakcyjnej opieki specjalistów z poszczególnych dziedzin można podejrzewać, że tego typu kiksów jest niestety więcej, co ostatecznie kompromituje podstawy projektu Sipowicza. Totalna klapa, za sześć dyszek w detalu. Można się wkurwić.

I jeszcze jedno: czy to aby na pewno dobry pomysł, by książka o psychodelii wyglądała jak typograficzny śmietnik? Noviki Studio przygotowało świetną okładkę, pełen szacunek, ale to, co graficy zrobili w środku, po prostu utrudnia lekturę! Encyklopedia roi się od szkolnych błędów w składzie, wersy w cytatach poetyckich są łamane bez sygnalizacji autorskich zamierzeń, a w operowaniu światłem nie ma żadnej logiki. Rozumiem, że chaos typograficzny miał w zamierzeniu upsychodelicznić tę książkę także w warstwie wizualnej? Czy Encyklopedię zaprojektowano do czytania WYŁĄCZNIE na fazie? Jeśli nawet, to czy to dobrze, żeby książka np. o gównie w literaturze miała stronice lepkie od sraki? Raczej wstrzymałbym się z realizacją takich konceptów.

Szkoda tego całego wysiłku i szumu. Cholernie szkoda.

######

Tekst ukazał się w DRUGI-m „Nośniku” Rozdzielczości Chleba: czytaj online za darmo albo pobierz go tutaj

Dzień przed rewolucją

Posted on: 10 grudnia, 2011 by Arkadiusz Wierzba

Na czym polega praca badawcza naukowca, który zajmuje się np. motywem księżyca w poezji Młodej Polski? (Są tacy!) Otóż naukowiec taki wciąż jeszcze rozpoczyna swój wysiłek badawczy od przewertowania kilkudziesięciu tomików poezji z tego okresu. Cierpliwie fiszkuje kolejne pozycje, podkreśla tropy lunarne, wypełnia stos rewersów w bibliotekach i czytelniach tego smutnego kraju. Jeśli jest choć trochę sprytny, wysyła tam z pewnością swoich asystentów (a każdy z nich biegnie tam z dziwnym zapałem inkasując miesięcznie góra 1500 zł i myśląc, że los się do niego uśmiechnął). Prawdziwy naukowiec przez duże „N” zajmuje się już tylko robotą koncepcyjną. Układa księżyce w tabelki, segreguje księżyce melancholijne, metafizyczne i księżyce pozbawione znaczeń, a efekty swojej pracy publikuje lub wygłasza w formie referatu. Można sobie wyobrazić, jak znacznie ułatwiłby sobie życie, gdyby posiadał elektroniczne zbiory poezji młodopolskiej. Gdyby ołówek zamienił na laptopa, tak jak jego przodkowie zamienili drogi i trudny w eksploatacji pergamin na papier, a gęsie pióra – na czcionki, o wiele wcześniej rezygnując z glinianych tabliczek i pisma klinowego. Tylko że wtedy być może okazałoby się, że cały jego wysiłek jest kompletnie bezwartościowy. Bo cóż to za wielka naukowa umiejętność – research?

Użytkownicy tego typu prac również z pewnością doceniliby cyfryzację produkcji naukowej.  Choćby ze względu na przypisy. Czym tak naprawdę jest przypis, odsyłacz, jak nie linkiem? Adresem, pod którym można odnaleźć dany cytat w jego macierzystym kontekście, porównać ze sobą fragmenty, przeczytać komentarz itd. Przypis jest wynalazkiem skrojonym na miarę elektronicznych środków przekazu, choć powstał w epoce Gutenberga. Dlatego też niezbyt pasuje do przestarzałego modelu książki jako przedmiotu o określonej liczbie zadrukowanych stron, zamkniętych w dwóch okładkach. Nie spełnia swojej pomocniczej funkcji, jeśli redaktor publikacji zechce nas prowadzić za rękę, jak np. w kolejnych edycjach sygnowanych marką Biblioteki Narodowej. Bywa, że 90% tekstu na stronie zajmuje przypis. Niezbyt to wygodne, szczególnie, jeśli przypis ciągnie się przez kilka stron, co zdarza się u redaktorów rozkochanych w dygresjach i estetyce nadmiaru.

A słowniki, kodeksy, encyklopedie i leksykony? To właśnie te pozycje ukazują się najczęściej w wymiarach urągających wygodzie użytkowania. A przecież ich funkcja sprowadza się do przekazywania informacji na określony temat. Jaka przepaść dzieli funkcję search, która zbłądziła pod strzechy wraz z powszechnym dostępem do PC-ta, od mozolnego szukania słówek w książkowej edycji słownika? Ilekroć sięgam po wydany przez Universitas wyłącznie w wersji papierowej słownik słowacko-polski (jak na razie jedyny tak obszerny słownik tego języka na rynku), czuję bezsilną złość. Aby dowiedzieć się, co znaczy ta głupia píďalka, muszę przekartkować kilkadziesiąt stron pod literą „P”. Bywa, że rezygnuję na rzecz Google. Ze słownika papierowego w pracy tłumacza korzystam raz na kilkadziesiąt poszukiwanych pojęć. I to wyłącznie dlatego, że nie mam jego wersji elektronicznej. Bo tak chciał wydawca.

Jedynym powodem, dla którego nie mogę skorzystać z cyfrowej wersji najbardziej potrzebnych mi pozycji (w pracy) i ulubionych książek (dla przyjemności) jest właśnie lęk polskich wydawców. Wśród tych z pierwszej dziesiątki zajmującej się literaturą, na sprzedaż książek elektronicznych zdecydowały się jedynie: W.A.B., Muza, Prószyński i S-ka, Zysk i S-ka. W okopach świętej Trójcy pozostali wydawcy z Krakowa (Znak, WL), w tym także rewolucyjna, cyberpunkowa i postępowa redakcja
Ha!artu. W ofercie wydawnictwa znajdują się elektroniczne książki liberackie, ale brakuje cyfrowej odsłony flagowych pozycji, w tym cyfrowej wersji czasopisma o tej samej nazwie. Argumenty na poparcie tego anachronizmu powracają wciąż te same.

Nie wydajemy wersji elektronicznych, bo łatwo je zdefraudować, skopiować i splagiatować. Zabezpieczenia? Można je złamać. Dlatego największym, faktycznym wydawcą literatury pięknej i użytkowej pozostaje serwis chomikuj.pl, który pełni również funkcję biblioteki publicznej, co słusznie zauważył już redaktor serwisu swiatczytnikow.pl na konferencji poświęconej ebookom podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki. Z lęku przed jawnym piractwem wydawnictwa wspierają piractwo podziemne. Istnienie serwisu kolportującego nielegalne ebooki nie może być oczywiście argumentem za digitalizacją zasobów polskich księgarń. A jednak trudno zaprzeczyć, że jest to efekt nieżyciowej zupełnie polityki wydawniczej firm z tej branży. W USA, gdzie rządy sprawuje serwis amazon.com, można sprzedawać więcej książek elektronicznych niż papierowych (licząc łącznie edycje paperback i hardcover), mimo piractwa. Ale Polska to kraj niereformowalnych złodziei. Naprawdę?

W zestawie najczęstszych argumentów pojawia się oczywiście: „nie da się” lub jego łagodniejsza wersja: da się, ale to „bardzo trudne”. Na wspomnianej już tutaj konferencji argument ten przywołał przedstawiciel wydawnictwa W.A.B., które akurat znajduje się w elitarnym gronie wydawców książek elektronicznych. Dla każdego użytkownika edytora tekstu, programisty, webmastera, czy amatora-hobbysty, który zna podstawy języka HTML, wie czym jest XML i CSS, tego typu wypowiedzi brzmią wręcz oburzająco. Jakby ktoś próbował uzasadnić i wytłumaczyć swoje nieuctwo lub brak elementarnego przygotowania do rozmowy o tej właśnie branży. Bowiem stworzenie książki elektronicznej, jeśli posiada się już tekst w wersji cyfrowej, przy wykorzystaniu darmowego, legalnego i banalnego w obsłudze oprogramowania zajmuje nie więcej kilkadziesiąt sekund i jest o wiele prostsze niż skład do druku. Zarówno w formacie EPUB (promowanym np. przez pierwszą polską księgarnię zintegrowaną z czytnikiem, czyli księgarnię eClicto), jak i PRC lub MOBI (standard preferowany przez księgarnię amazon.com). Da się.

Cóż jednak, że się da, jeśli nikt nie czyta? – odpowiadają wydawcy, jak nikt inny zatroskani o poziom czytelnictwa w Polsce. I zamykają sprawę digitalizacji rynku książki, jakby nie zauważyli, że po raz pierwszy w branży elektroniki użytkowej pojawiły się gadżety skrojone bezpośrednio na potrzeby czytelnika, a tym samym promujące czytelnictwo książek i prasy. Po raz pierwszy gadżeciarstwo wspiera tak szlachetną praktykę, jak wodzenie wzrokiem po literkach. Wybór czytników na rynku międzynarodowym – ogromny. Od Kindle (dostępnego już w kilku wersjach), przez jego różne chińsko-tajwańskie klony, aż po polskie edycje iRiver oraz (podupadłe nieco) eClicto (o tabletach nie wspominając). Czytniki są coraz bardziej sexy, więc pożądanie i zainteresowanie budzić zaczyna także książka, a właściwie to, co o książce stanowi, czyli content. Nie zauważają tego tylko polscy wydawcy, których zadowala dystrybucyjny potencjał katakumb, czyli nakłady w ilościach śladowych. Dlatego symbolem aktywności i wyobraźni promocyjnej polskich bibliofili pozostaje akcja “Książka i Róża”. W ramach tej zabawy dołożyłbym jeszcze paragon na pergaminie. W hołdzie dla tradycji.

Ostatni argument, koronny: podatek VAT. Książka elektroniczna nie jest książką w świetle polskiej ordynacji podatkowej. Jest usługą, a więc nie dotyczą jej preferencyjne stawki VAT-u na książki (które i tak wzrosły z 0% do 5%) – 23% kwoty z okładki wędruje do wspólnej kasy. Problem w tym, że ten podatek, nawet przy uwzględnieniu najwyższej stawki, stanowi znikomą część ceny dla użytkownika końcowego. Większość pochłaniają koszty dystrybucji, czyli księgarnie. Według obliczeń „Gazety Wyborczej” (wydanie z 30 maja 2011 r.), aż 20-25 zł z papierowej powieści dostępnej za 40 zł to zysk firm kolportujących. Konkretny przykład: esej Umberta Eco „Nie myśl, że książki znikną”, wydawnictwo W.A.B., 2010 rok. Wersja w twardej oprawie, uwaga!, jest o 33 grosze tańsza od wersji elektronicznej, dostępnej w księgarni eClicto, choć koszty dystrybucji ebooka są praktycznie znikome. Jak to możliwe? Ponoć wszystkiemu winny jest właśnie VAT. Tylko, że 23% od 40 zł to raptem ¼ ceny. Gdzie reszta? Odpowiedzi ze strony wydawnictwa raczej się nie spodziewam. W sprawie Eco pisałem do nich zresztą z pretensjami, bo zamarzyła mi się ta książeczka właśnie w cyfrowej postaci, ale nie zamierzałem za nią dać 40 złotych. Pytałem, czemu to jest tak strasznie drogie? Do tej pory nie uzyskałem komentarza wydawcy w tej sprawie. Polityka cenowa wydawnictw i dystrybutorów, chórem narzekających na skandaliczny poziom czytelnictwa, to zresztą temat na odrębne, solidne łojenie po głowie.

Wszystkie uwagi o rynku książki odnoszą się w równym stopniu do czasopism, dla których internet powinien być przecież naturalnym kanałem dystrybucji. Tymczasem z prasy wielkonakładowej jedynie tygodniki „Polityka” i „Newsweek” konsekwentnie rozwijają się w tym kierunku. Znacznie szybciej proces ten przebiega w branży czasopism kulturalnych, choć i tu wiele jeszcze zostało do zrobienia. Z jednej strony mamy dwutygodnik.com, który oferuje swoim czytelnikom darmową wersję EPUB, z drugiej, na chybił trafił, „Lampę”, która nie oferuje żadnej wersji, i wreszcie z trzeciej: off-czasopisma w rodzaju „Pana Slawisty”, który zachowuje w wersji PDF czterokolumnowy układ strony, kompletnie nieużyteczny w czytaniu na laptopie lub czytniku – kolumny pełniły przecież dawniej ściśle praktyczną funkcję: umożliwiały wygodną lekturę niewygodnie wydawanej prasy. Jaką pełnią funkcję w czasopiśmie internetowym? Estetyczną, choć utrudnia to znacznie ich lekturę. Wspomniany periodyk nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.

*

W moim niewielkim pokoiku trzy szwedzkie regały z marnych półfabrykatów z trudem mieściły uzbierane przez lata książki. Półki zapadały się coraz głębiej, a cieniutkie listewki nocnym skrzypieniem zapowiadały zbliżającą się katastrofę. Mogłem kupić nowy regał albo sprzedać część książek. Opcja numer dwa wydawała się korzystniejsza, bo ostatnie wakacje mocno nadwyrężyły skromny budżet. Przez lata żyłem w przekonaniu, że moje półki dźwigają całkiem słuszną ilość zamrożonego kapitału – jak papiery wartościowe lub biżuteria. Przetrzeźwiałem dopiero w antykwariacie przy Pijarskiej w Krakowie, gdy odmówiono mi przyjęcia kompletu powieści modnego przecież ostatnio Houllebecqa ze słowami: „Nie jesteśmy zainteresowani”. Wtedy i ja straciłem nagle zainteresowanie papierem, tym bardziej że już od kilku miesięcy czytałem niemal wyłącznie na otrzymanym w prezencie Kindlu.

Postanowiłem pozbyć się wszystkich książek, niezależnie od tego, czy posiadam je w wersji cyfrowej, sprzedając je partiami na aukcjach, na których pozwalałem sobie na luksus dyktowania niskich cen (a nawet urządzając w doborowym gronie domową licytację opartą na zasadzie „kto da mniej”) lub po prostu rozdając całymi partiami. Nie robiłem żadnych wyjątków. Zastrzegłem sobie tylko jeden warunek: książki można sprzedać lub podarować, byleby nie trafiły do żadnej biblioteki publicznej. Obiekty tego typu przez całe studia omijałem z daleka (gdy tylko mogłem). Za osobisty życiowy sukces uważam fakt, że nie splamiłem się nigdy wizytą w czytelni Jagiellonki – miejscu ponurym, nieludzkim, pełnym przedziwnych postaci rodem z koszmarów Lovecrafta (czyli tzw. Ryboludzi), których zadaniem była baczna obserwacja skarbca kultury polskiej. Biblioteki nie dały mi wykształcenia. Biblioteki dały mi w kość – wypełnianiem rewersów, kserem po bandyckich cenach (20 groszy za A4 na Rajskiej w Krakowie, 1 zł za stronę skanu!), kolejkami i klimatem intelektualnego kołchozu, którego szczerze nie znoszę po epizodzie edukacji w klasztorze (a działo się to jeszcze w szkole średniej).

Krótko mówiąc: pozbyłem się papieru radykalnie, w ciągu kilku dni, zachowując jednak elementarny szacunek do artefaktów, za które jeszcze kiedyś dałbym się pokroić. Dlatego książki te trafiły w większości do elitarnego grona znajomych, których nie przekonuje wizja nadciągających nieuchronnie zmian (poczekajcie, aż Amazon otworzy polski Kindle Store!) i którzy wciąż lubią wieczorem spojrzeć na regały wypełnione kulturą w wersji analogowej.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że rynek książki elektronicznej w Polsce lada moment eksploduje, mimo niesamowitego oporu wydawców. Tak dzieje się już w Stanach, powoli również w Europie. Adwokaci na salach sądowych w Krakowie ponoć masowo już korzystają z czytnika Kindle, by sprawnie zarządzać treścią kodeksów i ustaw. W tramwajach krakowskich nadal natomiast króluje papier, a widok czytnika powoduje niezdrową ekscytację. Ale to też kwestia czasu. Wydarzenia w rodzaju upadku PIW-u, przeciwko któremu można było sobie zaprotestować na facebooku, podziałają być może orzeźwiająco na całą branżę. Póki co trzeba zacisnąć zęby. I czekać, przeglądając cierpliwie legalne i nielegalne zasoby sieciowe, tworząc samodzielnie prasówki z kanałów RSS lub skanując zbiory prywatne. Na razie papier w Polsce trzyma się mocno.

Autor tekstu nie pobiera wynagrodzenia od firmy Amazon.

Dzień przed rewolucją

Rozdzielczość Chleba 2011-2018

Spędzaliśmy dużo czasu na Facebooku